RSS
poniedziałek, 27 października 2014

Zawsze najtrudniej jest zacząć, jak ułożyć to pierwsze zdanie, czy wypada, czy nie wypada o czymś pisać. Może spróbuję od tego - jestem mamą, ale nie o zmianie pieluch będzie mowa  (nie tym razem bynajmniej), ale macierzyństwo mocno określa moje obecne ja, to jest moje tu i teraz, wszystko co jest, co się ze mną stało wzięło się od tego.

I pisać też postanowiłam poniekąd z tego powodu, bo siedzi we mnie złe, bo jak się o czymś napisze, to trochę jakby człowiek tego złego oddał. Czym jest złe? Złe jest wspomnieniem, złe jest co do minutowym zapisem dnia urodzin mojego synka. Bo mój synek wcale nie miał się wtedy urodzić, ale kto inny o tym zadecydował. Opatrzność, przypadek, zależy kto w co wierzy.

Leżałam z brzuchem jak słonica na szpitalnym korytarzu i poranne KTG uratowało życie Jakubka. Czy samo KTG, czy pani doktor o długich włosach blond, której wzrok podczas obchodu zatrzymał się na niknącym tętnie dziecka. Nie wiedziałam nic, zabrali mnie, w ciągu kilku minut zdążyli przetransportować na salę operacyjną, rozebrać i dać do podpisu zgodę na cesarkę. "Dziecku jest źle w brzuszku" mówili, "Musimy je wyjąć" mówili... 7:30 zdążyłam poinformować, że rodzę, 7:40 miałam swojego Jakubka, ale nie przytulonego do mnie, a na OIOMie. A dla mnie morfina i godziny niepewności. Pamiętam jak wyglądały pielęgniarki, sala, nawet kobietę, która leżała obok na pooperacyjnej pamiętam. Tylko inna matka zrozumie co czułam słysząc, że Kubuś żyje!

Bo ja nie byłam ważna w tamtej chwili dla siebie, oj i długo po tym również, żeby nie powiedzieć, że cały czas. Dopiero po 2 dniach byłam w stanie go zobaczyć, dotknąć, taki mały był i kruchy... I ten cały pikający sprzęt słyszę jeszcze czasami w głowie i czuję zapach płynu do dezynfekcji rąk, którym codziennie po kilka razy musieliśmy czyścić ręce. 3 tygodnie to trwało. I codziennie coś nowego mu robili... bo nie oddychał sam, bo nie umiał ssać, bo miał żółtaczkę i infekcję jakąś i nerki chore też... I gdy szłam do lekarza co danego dnia go badał, a codziennie inny był... i on jak z karabinu mówił co jest źle i nawet raz, ani jeden cholerny raz nie zadrżała mu powieka. I stałam tak i myślałam kiedy to się skończy i kiedy płakać przestanę i za co to, za co to... Za swoje grzechy, nie za cudze wiem...

 

    I minęło już 10 miesięcy, a mnie to wszystko nadal boli i cieszy zarazem, bo leży obok mnie mężczyzna mojego życia, waży 11 kg i rośnie jak na drożdżach i czekam aż powie do mnie Mamo, bo wiem, że powie, tylko ten czas... tak dużo czasu na to wszystko potrzeba...