RSS
wtorek, 16 czerwca 2015

Mama to kucharz, kelner, gosposia (żeby nie pisać sprzątaczka), to sponsor, stylistka, lekarz, ratownik, higienistka, klaun, piosenkarka, bajkopisarka, koń na biegunach, fotograf, fryzjerka, malarka, przytulanka, informatyk - nie mylić z informatorem, którym też oczywiście jest, usypiacz, poduszka a i ostatecznie niewolnik ;) 

Nigdy nie spodziewałabym się, że macierzyństwo doda mi tyle specjalizacji. A w życiu. Od prawie 3 miesięcy jestem tylko mamą, porzuciłam płonną nadzieję bogatej kariery w bankowości na poczet pieluch i bycia PPD (Perfekcyjna Pani Domu dla niewtajemniczonych). W sumie to nie miałam zbytnio wyboru, nie mając już nawet minuty urlopu i tak pewnie zostałabym zwolniona przez nieobecności w pracy spowodowane kolejnymi kontrolami Kuby, nie mówiąc o rehabilitacji. A niech tam, kiedyś wrócę w wir zawodowych uniesień i wyzwań. To pewne, już nawet nie piszę, że taki mam plan, tak będzie i już. Niech no tylko dziecko będzie zdrowe.

A wracając do zawodu... zainspirował mnie do tego tematu mój Przyszły Niedoszły Mąż, Ojciec Syna Mojego Jakuba, który popołudniową porą do mnie dzisiaj w te słowa:" Ty przecież masz tylko dziecko na głowie. Ja mam jeszcze pracę". Kontekst nie ma większego znaczenia... On ma jeszcze pracę. A ja high life na to wychodzi. Ja mam TYLKO dziecko na głowie. Przecież to NIC, przecież to tylko małe, krzyczące, plujące, mówiące tylko w sobie znanym języku stworzenie, które ciągle trzeba mieć na oku żeby nie zrobiło sobie krzywdy bądź nie znalazło się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Toż to pesteczka jest. Nieistotne, że czuję się jak żołnierz w okopach, ciągle czujna i teraz nic mnie tak nie niepokoi jak Cisza. Wiem, że wtedy moje dziecko na pewno nie robi nic dobrego... Może jest wtedy w trakcie zjadania jakiś paproszków, albo paragonu ze sklepu...albo przycinania sobie paluszków w szufladzie, no bo przecież musi zobaczyć czy nadal jest wypchana skarpetkami. Dzisiaj Cisza okazała się wylewaniem resztek zimnej kawy na bielusieńką pościel. Można? Można. Kołderce też się należy. I to TYLKO dziecko na głowie. A on zachowuje się tak  jakby był prezydentem i to nie byle jakiego państwa, tylko dajmy na to USA... I miał jakąś super tajną i mega pilną misję od której zależy życie milionów. 

Konkludując... czuję się trochę niedoceniana, myślę, że nie tylko Ja, myślę, że czeka mnie najtrudniejszy okres zawodowy w moim życiu i chyba najbardziej nieprzewidywalny. Myślę, że jestem na niego gotowa, ba... mimo wszystko czekam na każdy następny dzień.      

 

23:33, fibithestrange
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 czerwca 2015

Dni od ostatniego wpisu 114. Tak twierdzą bynajmniej blogowe statystyki. Długo, a raczej dawno... Postanowiłam się jednak zmobilizować, bo za duże kiełbie we łbie już mi się zrobiło. 

10go kwietnia najważniejsza kobieta w moim życiu miała zawał. To tak jakbym oberwała obuchem w głowę, tego w ogóle się nie da opisać, bynajmniej ja nie potrafię. Słów też bym nie potrafiła dobrać. 10go kwietnia kilkanaście lat temu zmarł mój dziadek, moja babcia natomiast zmarła w rocznicę śmierci swojego ojca. Do tej pory nie jestem w stanie tego ogarnąć. Niemożliwe, że to przypadek, coraz bardziej przekonuję się w tym, że naszym życiem nie kieruje przypadek. Mama przeżyła, ja byłam 200 km od niej, ale tylko przez "chwilę". Dotarłam najszybciej jak się dało, zamieniłyśmy się miejscami, zawsze to ona siedziała przy moim łóżku po każdej operacji. Matki mają niesamowitą siłę w sobie, jako córka miałam jej ciut mniej. I z pretensją patrzyłam w niebo, z wyrzutem może też. Tak jakby ktoś szedł w tym życiu za mną i mnie batem okładał i dokładał, bo mało jeszcze mam. 

Dwa tygodnie później mnie kroili, żłobili i co tylko aby torbiel, która sobie wzięła i urosła w mojej szczęce całkiem jej nie zniszczyła, wyjęli taką jak jajo przepiórcze, pokazali, pośmiali się. Też nawet i ja zamroczona wydarzeniem zażartowałam, że liczyłam na ładniejsze wnętrze. Przeszłam i to. A co mi tam. Ból psychiczny fizycznym trzeba okładać.

A na czwarte mi Żal, bo aż tyle mam go w sobie. A mam go dlatego, że gdyby nie On, to sama z tym wszystkim bym była i to co przez długie 30 lat mi wpajano, że o rodzinę trzeba dbać, bo na nią zawsze można liczyć to GÓWNOPRAWDA. I nie bliscy tylko święte krowy, tak bym to raczej teraz uściśliła. I już się we mnie gotuje a tylko dwa zdania napisałam. Ten wrzątek to bym chętnie wylała i wyleję kiedyś, przy okazji i usłyszę jak to się zmieniłam. A dorosłam chyba. Oj tak.

I drażni mnie nagonka na spot o macierzyństwie, zwłaszcza od tych bezdzietnych, uderzyć w stół...

I podobał mi się film - Prawnik z Lincolna - polecam.

Przeczytałam "Los powtórzony" po bardzo długim czasie i... nie wiem co mam o nim myśleć. Wiem tylko tyle, że szczęście to brak w życiu nieszczęścia. Skoro tak, to tylko bywam szczęśliwa.

Postanowiłam być systematyczna, w różnych aspektach mojego życia, ale zwłaszcza w tym, chcę pisać, może coś się z tego wypisze.

Dziecię śpi. Chyba zdrowe, chyba szczęśliwe. Jutro rano znowu wysmaruje jogurtem podłogę. O tym innym razem.

Dobranoc.

 

 

 

21:21, fibithestrange
Link Dodaj komentarz »
sobota, 21 lutego 2015

Czym jest dla mnie luksus?

Luksus to ciepła kawa, którą mogę wypić, to chwile bezruchu, to odpoczynek, to patrzenie na szczęśliwe dziecię moje, to słuchanie jak woła: Ma!, to codzienny ciepły obiad, którego sama nie musiałam w pocie czoła gotować, to wpis na blogu drugi dzień z rzędu, to wyjście gdzie chcę, kiedy chcę, to spokojne zakupy, to bycie tu... 

Luksus nie trwa wiecznie, a powroty bolą, powrót do zimnej kawy, do ciągłego pędu - do rzeczywistości. Już jutro. 

Miałam sobie co nieco przemyśleć, miałam się zastanowić nad tym jak swoje życie poukładać, boję się tych myśli, bo tęsknie za czymś innym, bo potrzebuję przełomu, zmian, spektakularnych. Chyba dość stania w miejscu. Mam pomysł na siebie, jeszcze tylko pomysł na życie i już! I już?

 

16:56, fibithestrange
Link Komentarze (1) »

Miałam okazję dziś, a rzadko taką mam żeby uskutecznić spacer wieczorem późnym, w mieście na "P', po ulicach na "A". Niebo piękne, czyste, gwiaździste i idę tak, sama, i fale wspomnień uderzają to z jednej, to z drugiej strony. Ile razy już szłam tą ulicą, ile razy.. te wieczorne spacery zawsze były tymi najromantyczniejszymi, te wieczorne zawsze były otoczone najszczerszymi rozmowami, to po nich wracałam z rumianymi policzkami (niekoniecznie z zimna), po nich najtrudniej było wrócić do domu. Na nich najlepiej rozmyśla się o życiu, zwłaszcza w tym mieście, kiedy towarzyszy Ci ta, której na Imię Cisza a na Nazwisko Zupełna. Nie ma ludzi, nie ma jeżdżących aut... tak jakby ktoś przychodził o danej porze i wyłączał prąd.

Już po jutrze przyjdzie mi wrócić do miasta, gdzie nie brak prądu i gdzie ciągle coś, gdzie nie stać mnie na taki spacer... Nie stać mnie też na to żeby wrócić myślami gdzieś daleko... 

Tu mogłam sobie na to pozwolić, ciszy nie przerwał ząbkujący Kuba, ani kłótnia...

Pamiętam też wieczory, kiedy wracałam w sposób jednoznacznie wskazujący na mój stan, i uśmiecham się do tych powrotów, dobrze, że nie były to poranki. Czasami chciałabym żeby choć na chwilę moje życie stało się tak beztroskie jak wtedy, a może to właśnie była ta okazja. By poczuć się tak, by wrócić do pewnych miejsc, odgrzebać co nieco, na chwilę, tylko na momencik...

I zaraz po zamknięciu drzwi od klatki zasypać piaskiem tę burzę wspomnień, bo nie wiem sama do kogo należą...

00:24, fibithestrange
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 lutego 2015

Widmo samotnego macierzyństwa nade mną wisi, tak czai się podstępnie za rogiem. Czeka na to, aż mnie czymś zdenerwuje, wyprowadzi z równowagi i znowu zacznie się wszystko od początku... Oczywiście, że się nie rozstaliśmy, i nawet większy heroizm nie był potrzebny. Patrzymy na tego naszego Kubełka i tli się jeszcze nadzieja i iskierki się zapalają na jutro lepsze. Bo ja widzę jak oboje mu jesteśmy potrzebni i ok, przyznaję, mi też jest potrzebny - On jest mi jest niezbędny do tego żeby było bezpiecznie, dobrze i szczęśliwie, tylko czy ten Mój On to właściwy On? Ech... Czas pokaże. 

Kuba raczkuje! Od ponad 2 tygodni. Taka jestem dumna! Niech się wszyscy całują w nos - dojdzie do siebie, trochę wolniej, ale dojdzie! Ha!

Rozczarowana jestem ludźmi, znanymi mi i bardziej i mniej. Tymi mniej znanymi dlatego, że napotkałam ostrą krytykę Matko Polskości..wości? ostatnio i uderzyło mnie to, bo karmię, bo nie jestem karierowiczką i siedzę z dzieckiem w domu? A mówią, że to złe.. Pieprzenie w sumie takie...

Bardziej znani rozczarowali mnie sami sobą. Za szybko nazwałam przyjacielem, za szybko się otworzyłam. Nikt nie powiedział, że jak ktoś był bliski raz, będzie znowu... Nikt. A tak łatwo jest ocenić przez mglisto naznaczony pryzmat. Nie czuję się stetryczała, jedyne czego jestem pewna to to, że poświęciłam mojemu dziecku więcej uwagi, więcej siebie niż standardowa matka, ale te standardowe nie przeżywają horrorów żyć czy nie żyć... Czuję się usprawiedliwiona. Czuję też trochę żalu, że jestem oceniana właśnie z tej perspektywy, jak można oceniać kogoś nie wiedząc jaki był przez kilka dobrych lat? Trąci mi ignorancją... A nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem... nie ma co... Mam prawie 30 lat i nadal cierpię na naiwność wobec ludzkiej rasy. Dojrzeć mi trzeba.

I przeczytałam też dziś, że nie powinno się dziecku mówić, że jest mądre... powinno się go chwalić za wysiłek, który włożyło i za konkret. I to po to, żeby nie miało problemów ze sobą w przyszłości... bo dzieci próżne się stają i boją się wyzwań, boją się porażki i krytyki. Takie mądre książki czytam. I polecam film "The judge". dawno nie śmiałam się tyle i nie płakałam na filmie...

I szukam na siebie pomysłu, co zrobić ze sobą gdy braknie na życie... Szyć? Projektować? Sprzedawać? A może malować? Tworzyć i sprzedawać? Nie wiem... w kropce jestem. Czasami od kropki trzeba zacząć. [.]

 

 

19:45, fibithestrange
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 stycznia 2015

Wszystko zaczęło się od bólu w podbrzuszu, miałam nadzieję,  że na tym się skończy. I lepiej byłoby gdyby tam został, ale nie.Jak lont podpalony pędził przez jelita, zwijajac je jak sempertyny, mijając żołądek, wyciągnął go na drugą stronę, po czym odbił w lewo prosto do serca i tam dźgał i dźgał...

Trochę mu zajęło wycięcie 7miu lat. Jeszcze czuję drobne szlify,  zrobił mi mnóstwo wolnego miejsca. I ja te siedem lat zapakowałam w papier ozdobny, taki co się trzyma na  specjalne okazje, bo to najważniejsze moje 7 lat. Bo to mnóstwo nadziei,  bo to uczucie,  które wydawało się być tym ostatnim. I włożyłam do pudełeczka a pudełeczko do szuflady i zamknęłam na klucz. Niech tam czeka na czas żeby można było je wspomnieć. Bo zapomnieć nie dam rady. Ma jego oczy, i śmieje się jak on i jest trochę jego i z niego. I on jest i będzie między nami.  Serce owinęłam bandażami i czekam, bo wiem, że boleć przestanie. Dużo wody się tylko we mnie nagromadziło i oczami aż leci i leci.. 

A to wszystko, bo nie byłam wystarczająco dobra, wyrozumiała,  wyuzdana,  uległa, cierpliwa, czuła, kochająca, akceptująca, i taka jak oczekiwał. Nie byłam heroicznie walcząca też, bo może chciałabym żeby to o mnie walczono,  ale nie warto widocznie. Nie zrobiło mi się zimniej. Taka ma karma. Wystarczy, że z samej nazwy jestem samotna. 

00:17, fibithestrange
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 grudnia 2014

Już po, już po cudzie, po koszmarze, po trzech dniach, już po. Nie było operacji, ale były wieczności pod salą opatrunkową i krzyki i płacze i histerie, ale to nic. Już jesteśmy w domu. Jest nawet lepiej niż było. Kto by pomyślał, że ktoś lub coś może tyle nad nami czuwać.. A może to tylko kwestia przypadku? Kurcze, a co jeśli to tylko czas i tylko jego potrzeba żebym mogła być spokojna. Bo jeszcze długo nie będę. I to już nie tylko sam strach o dziecko, który każda matka ma w sobie chyba do końca życia, tylko taka mała drzazga, która nie wiadomo gdzie jest a przeszkadza i każe myśleć - Co jeszcze?

Wróciliśmy cali i... chorzy. Przeziębienie dało nam się we znaki (a jednak nie może być zbyt idealnie), wszyscy, cała trójka glutująca, kichająca, prychająca. I to już tak trochę trwa... i mam wrażenie, że kręgosłup wchodzi mi tam gdzie nie powinien, i szukam pomocy i ratunku w Drugiej Połowie, która też kicha i prycha, ale oboje chorzy jesteśmy, także nieśmiało zapytuje, czy planuje w dniu dzisiejszym (patrz:wczorajszym) dzieckiem swoim jedynym, pierworodnym się zająć, bo zaczynam powoli widzieć podwójnie i nie przebierając w słowach - padam na pysk, bo i to małe, piszczące marudne się zrobiło tak, że cierpliwość na poziomie max i już organizm mi mówi, że zwolnić trzeba i słysze takie prawie szeptem wypowiedziane: 

- Raczej nie...

I myślę, czy to kara boska, czy za dużo szczęścia by było. On wie, że ja nie mam siły, że powinnam odpocząć, ale dlaczego, dlaczego zawsze każdy mężczyzna jest tym bardziej chorym? I nie ma problemu z tym żeby po prostu położyć się i spać... No i musisz sobie jakoś radzić, no jak nie jak tak...

Ech...

Wróciłam do literatury w tzw. międzyczasie. Teraz na tapecie "Włoskie buty" Mankella. I cóż mogę rzec... czytałam jego kryminały z zapartym tchem, jak to Kurt Wallander radził sobie z kryminalistami i z życiem. A tu trafiam na takie luźne pitu pitu... może coś się jeszcze wydarzy, może coś mnie ruszy, może czytam tą książkę w złym momencie swojego życia.

Chyba powinnam wrócić do Bridget Jones. Tam zawsze znajduję zrozumienie.

I czekam na święta. Nie mamy choinki, od 2 tygodni próbuję kupić prezenty, nie spakowałam jeszcze tych co już mam...

Leniwe siedzi we mnie... chociaż - sporo wierszy się nauczyłam ostatnio. "Lokomotywa" idzie mi profesjonalnie ;)

Odpocząć idę, piszczące śpi. Pozdrawiam. A.

10:39, fibithestrange
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 grudnia 2014
Myślami jestem przy środzie, nie to żeby to był dzień jakoś strasznie szczególny. Smutny będzie, idziemy z Kubełkiem do szpitala. Te nerki, co ja kiedyś o nich wspominałam cały czas są na tapecie, nie tak działają jak trzeba i okaże się czy będzie nasz Bączek operowany, czy nie.
Ja wiem, są ludzie z gorszymi tragediami, problemami niż nasze. Są ludzie, którzy przeżywają te swoje horrory z wielką siłą i podniesioną głową. Są tacy...
A ja te swoje horrory przeżywam trochę w środku, trochę horroru czasami ze mnie wyjdzie i wtedy jestem zła na cały świat. Na Niego, na Nich. Zła jestem, bo ja już swoje dostałam, już dostałam swoją paczuszkę nieszczęść w tym życiu. A może za mało mnie to nauczyło? Może trzeba więcej? Bo wiem, że kiedy będę na tym oddziale w środę i w czwartek i w piątek i może jeszcze przez tydzień, wiem, że będę widziała siebie rok temu, bo ja już tam byłam rok temu, tylko już bez aparatury, która pokazywała czy Kuba oddycha, czy nie oddycha... I pamiętam jak dziewczyna z sali, chociaż trudno to nazwać salą, raczej z boksu, bo ledwo co mieściły się nasze kozetki do spania i łóżeczka dzieci... uczyła mnie jak kąpać. I jak wstawałam co dwie godziny - z budzikiem, ściągać mleko i karmić... ściągać i karmić. I wtedy byłam tą silną właśnie, tą co mówiła - Ja nie dam rady? Ja?
I nie myślałam wtedy o tym, że to takie niestandardowe, że jak na pierwsze dziecko to lekka przesada, bo wkoło było takich mnóstwo, ostatnie miesiące ciąży obracałam się wśród tych zagrożonych... To było dla mnie takie ... naturalne?
A teraz?
Teraz osłabłam, a niby więcej sił mieć powinnam, podobno zdziadziałam, podobno z własnego wyboru.
Podobno wszystko będzie dobrze, chociaż jak tylko to słyszę to mam chęć rozstrzelać.
Oby to były tylko trzy dni, oby zdarzył się kolejny cud w naszym życiu...
Oby jeszcze limit tych cudów się nie skończył.
Oby.
12:23, fibithestrange
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 grudnia 2014
Zrobiłam się marudna, nerwowa, to znak, że trzeba coś napisać, trochę wyrzucić z siebie złości, zmęczenia nie wyrzucę, ale będzie dla niego więcej miejsca.
W sobotę zakupy były mega przyjemnością, i nie przeszkadzało mi nawet bardzo to, że z ośmiu sukienek, które miałam do przymierzenia ponad połowa zatrzymała się na miejscu gdzie powinna przejść przez cycki... co zrobić. Skoro ponad połowa to były i takie w które całkiem nieźle się wcisnęłam, a jak wyglądałam! Jak szesnastka! I kupiłam - chabrową - piękna! Może z raz ją założę w tym roku, ale byłam szczęśliwa w tej sukience na sobie, z tego, że coś mnie objęło i to ładnie. I z koleżanką poszłam na kawę w miejsce gdzie lat nie byłam parę i tak celebrowałam trochę ten czas, bo nikt nie płakał mi pod ręką, nie ciągnął z koszulkę, bo mogłam rozmawiać o wszystkim innym i śmiać się i żalić i pobyć tak trochę z nią, trochę sama. Jak tego potrzebowałam!
Dzień minął za szybko i przyszły te zwykłe, a może niezwykłe, bo moje-nasze dziecko potrafi coraz więcej. I duma mnie rozpiera, i mam chęć zagrać na nosie wszystkim tym lekarzom co pod wątpliwość dawali jego umiejętności i potencjał!
I przez te dni ostatnie byłam trochę jelonkiem, trochę łosiem głupim i trochę sarenką w pończochach, wszystkiego spróbowałam, a co mi się najbardziej podobało - sama nie wiem, przemyślę.
W odwiedzinach też byliśmy z Kubełkiem, odczuwa on przy cioci G. niebywałą szczęśliwość, a może wyczuwa jakoś tę kruszynkę u niej w brzuchu i tak się cieszy. I przypominam sobie swoje czasy ciężarówkowania, ciężkie czasy, w każdym tego słowa znaczeniu i miło mi kiedy mogę jej radą posłużyć i pomóc jakoś, choć może matka ze mnie licha, ale wszystko z siebie dać staram, kosztem wielu - i to dosłownie. I w sumie ta moja przyjaźń z ciotką G. już trwa trochę i szczęściem jej też się cieszę i wiem, że ona w przyjaźnie nie wierzy, ale ja wierzę więc... głównie o mnie tu mowa. I nie wiem czy jej to mówiłam, ale fajnie, że jest.
A skoro już o przyjaźni..
Mój ulubiony warszawiak kończy dziś rok! I ciocia jest z niego dumna, bo swoje pierwsze kroki ma za sobą i jest przekochany, a jego mama daje mi wiecznie obraz na to, że jest dla mnie jeszcze szansa.
I gdzieś też wyczytałam, że amerykańscy naukowcy zbadali, że samotnym ludziom jest permanentnie zimno i Olaf - bałwanek z bajki co ją oglądaliśmy ostatnio (bo ja lubię bajki...nigdy w żadnej nie żyłam, to popatrzeć lubię) powiedział, że czasami warto dla kogoś się rozpuścić. I to mnie wzruszyło bardzo i każdy uśmiech mojego dziecka mnie wzrusza, a łzy mi same kapią, bo już się we mnie nie mieszczą... Taka jestem... Bo żółw musi być twardy, żeby w środku być miękki. 
20:52, fibithestrange
Link Dodaj komentarz »
środa, 26 listopada 2014

Jak dobrze wstać... skoro świt, jutrzenki blaaask duszkiem pić - kurna! Nie! W dupie z tą jutrzenką! KAWA! Wczoraj wstałam o 8 rano, kiedy moi mężczyźni jeszcze smacznie chrapali i jakież to było cudowne doświadczenie, pić kawę o poranku, a wkoło cisza... Nic. Zero. Nawet chrapania nie słychać, tylko zaglądam do pokoju i widzę rozłożonego już na całą połówkę łóżka Kubusia i tylko kołdra chodzi w górę i w dół - śpi. A ja się delektuje momentem, tak mało mam ich. I ta cisza aż w uszy boli, w sumie to musiałam telewizor włączyć po chwili, bo aż mi było nieswojo... 

A wstałam tak, bo Kubek miał domową rehabilitację po 9tej, a ktoś musi co nieco ogarnąć. Mniejsza, co najważniejsze jest w naszym dziecku potencjał - jak nie ma, jak jest! Stwierdzony! I zostałam pochwalona nawet, że coś tam potrafię. Także ćwiczymy i Młody będzie biegał i będzie cudnie :D Taka jestem szczęśliwa, bo już dosyć zmuszania do czegokolwiek, a tylko motywowanie i stymulowanie - tak jest! 

A w sobotę... a w sobotę idę na zakupy - SAMA nananana... Z koleżanką znaczy się, bez wózka! Tata lecząc poimprezowego kaca (bo oczywiste jest to jak się kończą firmowe imprezy) zostanie z synem a mama będzie się stroić, bo ja lubię się stroić, oj jak lubię, tylko teraz trzeba strój na to wszystko co mną jest znaleźć - Pani w ulubionym butiku kazała być spokojną, chyba nie pamięta moich gabarytów ^^, ale nie zniechęcam się - czas pokaże - wrócę z torbami lub bez toreb :) 

Ps. Dobre nie przyszło po nocy, przyszło złe w postaci kruchych ciasteczek z marmoladą i frytek.

Ps2. Obejrzałam ćwiczenia wysłane mi przez koleżankę co by miały mi pomóc, obejrzałam - tyle...

Jest mi smutno z powodu siebie samej...

 

 

 

23:06, fibithestrange
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6