RSS
wtorek, 23 lutego 2016

Co potrafi prawie perfekcyjna Pani domu? Do godziny 12 potrafi ogarnąć mieszkanie, tak, że gdyby ktoś, ktokolwiek chciał ją spontanicznie odwiedzić to zaprosilaby z otwartymi ramionami.

Spontaniczne wizyty raczej się nie zdarzają w prawie perfekcyjnym domu. Prawie perfekcyjna Pani Domu nie ma wielu przyjaciół,  a tych co ma, ma daleko. Z rodzina nie utrzymuje kontaktu a rodzicow ma tak daleko jak przyjaciol. Prawie perfekcyjny dom to zaledwie mieszkanie i to jeszcze nie Jej własne.  W tym nie własnym mieszkaniu od poranka czuć unoszący się piękny zapach dopiero co wstawionego gulaszu z wołowiny. Podobno robi bardzo smaczny gulasz, tak mówi jej Nie Mąż. 

Do południa zdążyła jeszcze spokojnie wypić kawę, ogarnąć dziecko i siebie żeby bez wstydu na twarzy móc wyjść do ludzi wczesnym popołudniem. Dziecko narzuca tempo chodząc z nią, za nią lub niesione przez nią i wołając dzia dzia da.. w dość znośnym rytmie. 

Na spacerze po prawie perfekcyjnych zakupach, prawie, bo chciała sobie kupić coś ładnego,  żeby uwydatnic te swoje starania o ładniejsze jutro, dziec na to nie pozwolił. Dala spokój,  przecież może spróbować ładnie wyglądać kiedy indziej. 

Wróciła do juz nawet nie prawie perfekcyjnego mieszkania. (Podczas jej nieobecności ktoś musiał zrobić ten balagan!) Pije pyszna druga kawę z mlekiem - nigdy bez. I myśli o tym jak bardzo niedoceniane są prawie perfekcyjne, jak bardzo nie widzi się tej pracy. Jak boi się powrotu do pracy..

Chyba dość szybko musi stać się sławną pisarka..

14:36, fibithestrange
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 lutego 2016

W sobote Panna Anna miała wychodne, sama! Wielka Dama!

Po prawie dwóch latach odwiedziłam ulice Piotrkowska.  Moja przyjaciółka przyjechała z Krakowa, postanowiła wyciągnąć mnie na miasto. Przy okazji poznałam jej mała część - bliższych znajomych i ta ulubiona cześć czyt. wybranka serca :) Jak się okazało niezwykle uroczego :) których zabrała ze sobą.

 

Zanim jednak..

Droga tramwajem ok 30 minut. Specjalnie wysiadlam wcześniej, tak dawno nie byłam w centrum. Zmieniło się wszystko. Cała ulica. Niewiele knajpek kojarzylam, na wiele miejsc patrzyłam z sentymentem. Czułam się faktycznie jak dzikus. Pomyślałam,  że księgarnia, która często odwiedzalam będzie swojego rodzaju alkowa. Gdy dotarłam na miejsce znad wejścia bił do mnie neonowy szyld "Infinity" a na drzwiach aktualna promocja na kieliszek wódki. Jak łatwo się domyślić księgarni nie było, na wódkę tez nie weszłam. 

Szłam sobie powoli jak turystka, z ciekawością przyglądając się ludziom, witrynom i startemu juz na złoto nosowi Roosevelta. Sila rzeczy lub tez przyciagania trafilam na Off. Miejsce szczególne, Pamiętam go z czasów kiedy jeszcze nie było centrum wszystkiego. Minęłam kwiaciarnie Badylarz i ruszylam wprost do umówionego miejsca spotkania.

Spaleni słońcem to bylo miejsce na tzw bifor i after. Gdzie kazdy byl kumplem kazdego. Poznawalam tam zawsze dziwnych ludzi i zawsze bawiłam się dobrze. Byłam sama.. taka pora. Przystojny barman nalał piwo i delektowalam się i czekałam. 

Z zupełnie obcymi ludźmi jak na "dzikusa" dogadywalam się całkiem nieźle. Spędziłam czas dokładnie tak jak zwyklam spędzać sobotnie popołudnia i wieczory - wśród ludzi. Byłam tylko częścią biforu. Kraków udał się na bibke a ja.. bez bibki od razu na after do mojego Krolewicza. Wyprzytulal mnie jakby to kilka godzin było najdłuższymi i najteskniacymi. To był dobry wieczór. 

Juz jestem o wiele bardziej oswojona. 

15:57, fibithestrange
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 lutego 2016

Jeszcze nie tak dawno temu macierzyństwo było dla mnie jak jedna wielka frustracja, stres i walka o przetrwanie do dnia następnego.  Jednak już od jakiegoś czasu nauczyło mnie dystansu, spojrzenia trochę z przymrużeniem oka na ten etap. Czy to ja się zmieniam, czy to ono mnie zmienia, czy to może moje juz kilku - bo przecież dwa to kilka - letnie doświadczenie nauczyło. Nie wiem, ale coraz bardziej mi się podoba.

M - jak Mama, ciągle czekam, jeszcze nie usłyszałam, jeszcze nie zasluzylam, ale coś czuje, ze moment ten jest bliski!

A - jak asertywność nad którą musze popracować, te wielkie, piękne zielone oczy i niewinne spojrzenia mogą wszystko! 

C - jak cierpliwość,  przez duże C, nic Cię tak nie nauczy być cierpliwym jak bycie rodzicem i kilka histerii gada z rzędu

I - jak intuicja, taka zwykła i magiczna zarazem mamina intuicja co potrzeba, jak, gdzie, co dolega, czy dolega.. Mamy mają to coś. 

E - tak na mnie woła, od zawsze.

R - jak radość ogromna, niezmerzona, wcisnieta w małego krasnala,  która wydaje się nigdy nie mieć końca

Z - jak zmiany, które czy chcemy czy nie dzieją się, stają się, teraz dzieją się te "na lepsze"

Y - to setki pytań, na które postaram się odpowiedzieć jak tylko K. zacznie mówić, to też setki pytań w kwestii macierzyństwa,  na które ciągle szukam odpowiedzi

Ń - nie ma słowa na Ń. 

S - to stres i spokój

T - jak troska moja o niego i juz teraz jego o mnie

W - jak wychowanie, nie ma nic trudniejszego, by wwychować go na dobrego człowieka

O - jak odpowiedzialność, największa za najmniejsze stworzenie..

Tak to teraz wygląda i ewoluuje.. Zmienia się także pomysłowość mojego Dziecka. Dzisiaj wsypal torebkę sody do świeżo napelnionej cukierniczki. Uznając to za wspaniały eksperyment.

Czuje, ze wyszło nam coś ddobrego.

Pozdrawiam. A. 

22:08, fibithestrange
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 lutego 2016

51 dni od ostatniego wpisu. Czy to nie idealny moment na zmiany?  Idealny, jak każdy inny. W swoich zmianowych postanowieniach trwam od tygodnia i zarówno ja jak i one mamy się ze sobą całkiem dobrze. Obiecałam sobie dbanie o siebie, o całego człowieka.  Fizycznie i psychicznie.  Juz siebie nie szukam, strata czasu. Mam na siebie kilka pomysłów,  tak chciałbym utrzeć nosa niedowiarkom, że potrafię. Chce się czuć ze soba jak najlepiej. Powoli się zaprzyjazniam,  bo jakoś się nie lubilysmy. Zaakceptowalam siebie i rozpoczynam upgrade. Przyszło to znikąd,  ale działa i jest. Może to zasługa terapii, a może ja sama, tak całkiem sama krzyczę ze środka, że chce żeby mnie było mniej, żebym była jak najlepszą mama, żeby moje serducho się dalej nie psulo, żeby pisać i spróbować czegoś nowego. Mam potencjał,  podobno. 

To tak jak mój Kubuś. On też ma w swoim małym acz puchatym cialku ogrom potencjału. Juz prawie wrócił do formy. Czasem nawet chodzi sam! I sam mówi nadal tylko w sobie znanym języku, chociaż i tak ja jestem najlepszym tłumaczem. On tak strasznie dużo chce wszystkim powiedzieć i tak wiele rozumie.

I zaczął rysować. Nie dalej jak wczoraj podaje mi kartkę z kilkoma kreskami pod różnym kątem. Przyglądam się uważnie, ale nadal widzę jedynie maziajki,  ale żeby go nie zniechęcać pełna entuzjazmu pytam:

- Co to Kochanie?

- Na co K. wydaje z siebie głośne: Łaaa! ! 

- Lew?

 

Przytakujace kiwniecie głową dało mi 100 punktów do interpretacji :) 

A dziś dostałam kartkę z samą kreską. Po pytaniu co to? K. pokazał brodę. Ach, rysuje chłopca! Ciesze się, że coś zaraz wytworzy i moja artystyczna dusza prawie wyskakuje z piersi wiec dopytuje: - Dorysujesz oczka? 

K. kiwa głową przeczaco. Dostałam rysunek brody.. O płonna nadziejo! 

 

Uwielbiam moje dziecko.. Jedyne co bym chciała żeby się zmieniło to to żeby nam dali spokój Ci lekarze. Bo marzec będzie trudny. Czeka nas wizyta w CZD w Warszawie. Boje się. Tak po ludzku, po matczynemu. Boje się tego co usłyszę i tego czego usłyszeć nie chce. 

Na dziś skończyłam. 

Będę pisać. Częściej. Obiecuje. A.

23:38, fibithestrange
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 grudnia 2015

I o autorze, który niezmiennie i nieprzerwanie mnie wzrusza. Znalazłam bowiem czas na czytanie, nie duże, malutkie czytanie w trakcie drzemki. Mikołaj przyniósł mi Ślady.  Nie wiem czy najnowszy, ale na pewno jeden z nowszych zbiorów opowiadań J.L. Wiśniewskiego. Uwielbiam jego styl i przez niego napisane nie zawsze jego historie.  Często się wzruszam,  często się zatrzymuje na chwilę i mysle nad sobą.  Częściej po takiej lekturze przyglądam się swojemu życiu. Bardziej, mocniej wiem, że nie jestem na straconej pozycji, że może być gorzej,  może być piękniej. Ze zasługuje na bycie szczęśliwa. Nie całe 90 stron a tyle refleksji w mojej głowie. Książka jest pięknie smutna.. Chciałabym umieć tak pisać. 

"Bo niektóre doświadczenia zmieniają nas na zawsze, niektórych tęsknot nie da się ukoić,  a o pewnych rzeczach nie sposób zapomniec". 

15:46, fibithestrange
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 grudnia 2015

Wszelkie frustracje mają kiedyś swoje kumulacje, dzień, w którym albo marzysz o wyczytanym w lekturze szkolnej katharsis, albo o kulce w łeb. Ja mam chyba dziś ten dzień. Wpadamy z K w histerie na zmianę. On, bo ja chcę żeby zaczął chodzić, ja, bo On wcale nie chce. Kręgosłup mam u kolan, ze zmęczenia. Od zdjęcia gipsu minął tydzień i nic.. Czasami wstanie, ale lewa noga jakby nie istniała. Uprawiam na sobie osobisty lincz, dlaczego ja go nie pilnowalam,  dlaczego pozwoliłam do tego dopuścić. Gotuje się we mnie wywar z pretensji, żalu i nienawiści. Z chęcią bym wylała na sprawców.  Dala sobie upust.. 

Żal tym większy im mniejsze poczucie winy. Nie usłyszeliśmy - przykro nam, pomożemy, zrobimy wszystko żeby doszedł do siebie.. Nie, poco.. Przecież to nie my, to przypadek, a może Twoja karma? Nasza wina? Nigdy! Ani teraz, ani kiedykolwiek. My sobie go raz na czas odwiedzimy..

Zycie polej mi.. Upij mi zmęczenie, by jakoś zimę te przetrwać. 

14:44, fibithestrange
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 grudnia 2015

Juz od jakiegoś czasu zastanawiam się jak dużo może unieść moja psychika. Jak dużo zakamarków jeszcze mam żeby upchnac tam wszystkie złe wydarzenia. To wszystko siedzi we mnie jak taka bomba z opóźnionym zapłonem. Niech tylko znajdzie się lont i ten kto zdobędzie się na odwagę żeby go odpalić. Oj biada mu..

Niech to sobie uwije gniazdo w najczarniejszych i najdalszych zakątkach i niech tam siedzi i nosa nawet poza ramy nie wyciąga, bo inaczej koniec będzie bliski.

Wczoraj zdjelismy gips, tzn. nie tak do końca my a dość oschly lekarz, który permanentnej histerii K. zdawał by się nie zauważać. Minęła noc przez którą krzyczalam sobie do środka "dlaczego" i linczowalam swoich NieTesciow za taki brak czujności i odpowiedzialności za to małe stworzenie. Czekałam na pierwsze kroki prawie rok dłużej niż standardowy rodzic, ćwiczyłam,  rehabilitowalam. Wystarczył moment. Domino które tak skrzętnie układałam, klocek po klocku runelo. Musze wszystko zaczynać od początku. Nawet nie zdążyłam się na nie napatrzeć. Nacieszyć widokiem. Oczywiście nie ma winnych.. Przypadek.. przypadek, że babcia idąc przy dziecku nie widzi klocka na którym dziecko złamie kość. Gdzie wiadomo, że On dopiero zaczyna, że trzeba być ostrożnym żeby się nie zrazil. Gotuje się  we mnie, bo to odbije się na K i na mnie najmocniej. Jak na razie nie chce wstawać, nie myślę nawet o chodzeniu.. Może jeszcze go boli, może się boi.. A dziś jeszcze był bilans a jutro psycholog kliniczny (ja też chcę! !) 

Niech ktoś zabierze ode mnie ta wściekłość i strach.. ból się rozejdzie po kościach. 

Ja nie mam już sił. 

12:45, fibithestrange
Link Komentarze (1) »
czwartek, 03 grudnia 2015

Jedni piszą o swoich przepisach,  na życie,  na obiad. Inni podróżach tu i tam, jeszcze inni o wspomnieniach, o każdym dniu, o dzieciach. Rozpisuja się w wierszach, felieton ach, opowiadaniach. 

Ja się za to Wylewam. Nie tylko ze spodni, ale i na klawiaturę. Tu jest taka moja alkowa, tu mogę sobie popłakać, splunac,  przklnąć siarczyście,  uderzyć głową w mur i wydrzeć się na świat,  z żalem albo bez - w zależności od nastroju.

Jestem jako tako anonimowa, a to duży plus. Jestem sobą. Nie jednemu juz by uszy spuchly od tych moich pretensji do życia. A tu w każdej chwili można nacisnąć krzyżyk. Tu mogę wwracać kiedy chce, z pudełkiem lodów na kolanach i wczorajszym makijażem pisać o swoich skutkach - rzadziej o radościach. 

Dobrze, że Cię tu znalazłam. 

15:16, fibithestrange
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 grudnia 2015

Jedni jej permanentnie szukają, desperacko udzielają się towarzysko, bywają tam gdzie owa miłość mogą spotkać,  szukają jej w książkach, internecie, filmie.

 Ja swojej miłości bardzo nie szukałam, wpadła na mnie sama lat 8 temu na zajęciach z siatkówki. To była moja pierwsza wielka miłość,  zaraz po dwóch poprzednich wielkich milosciach,  które z czasem nie okazały się wystarczająco duże. Ta jednak pozostała najtrwalsza, najpoważniejsza i najistotniejsza ze wszystkich. Dzięki tej bowiem miłości urodziłam sobie miłość bezwarunkowa,  piszę sobie, bo facet nigdy nie kocha bezwarunkowo.. no chances. Z czasem miłość bezwarunkowa stała się ta dominującą,  to był bardzo krótki czas. W zasadzie moment. I im dłużej to trwało tym mniej mi była ta miłość warunkowa potrzebna.

Zaczęło w niej być aż za dużo warunków. Zbyt wiele wymagań,  roszczeń i nie spełnionych obietnic. Gdzieś zgubił się ten ogień, żar wypalił a popiół zamietlismy pod dywan, na którym leżą rozrzucone skarpetki, o które też zdarzało nam się kłócić. Smutne love story, bez hepiendu, żyjemy sobie, obok siebie, absolutnie nie z sobą.   Gdzieś na chwilę połączy nas moja miłość bezwarunkowa.. Ta chwila nie trwa długo.  Często mówi mi, że mnie kocha, ale te słowa juz dawno nie brzmiały tak pusto.

Idą święta, czas życzeń. A ja bym chciała tylko siebie odnaleźć. 

14:44, fibithestrange
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 30 listopada 2015

W pisaniu mam jeden podstawowy problem -permanentny brak czasu.. Brak mobilizacji, brak konsekwencji. W ogóle mam sporo braków jako mama, kobieta.. Chociaż w kwestii kobiecości można mówić bardziej o nadmiarze tu i tam niż o brakach. No i ta konsekwencja. Konsekwentnie jestem niekonsekwentna w postanowieniach. Na szczęście, a może i na nieszczęście moje dziecko nie jest w stanie mi tego wypomnieć. 

Kuba skończył w tym miesiącu  2 lata. Kameralne przyjątko w gronie najbliższych pozwoliło mi na schowanie do kieszeni chociaż na chwilę problemów,  zmartwień i trosk. Wyjęłam je dopiero wtedy jak złamał kość srodstopia, na klocku. A tak pięknie juz chodził i to sam! Teraz śpi obok z nogą w gipsie, obok siedzi jego Matka i jak tylko spojrzy na gips w jej i tak już ostro pocharatane serduszko wlewa się fala złości i żalu do NieTesciow, którzy do tego dopuścili. Tak niedawno wyszliśmy ze szpitala po rezonansie wiedząc tyle samo o zdrowiu Kuby co przed nim a tu już następny klops. 

Myślicie, że jest limit nieszczęść przypadający na jednego człowieka?  Bo ja mam wrażenie,  że na mnie spadają nie tylko moje nieszczęścia,  ale i wszystkich innych. Brak mi wsparcia i oparcia. Brak przyjaciół od serca na miejscu i na sercu. Wywialo ich po Angliach, Krakowach,  Stolicach,  Poznaniach.. Tęskno mi do nich i do życia normalnego. Takiego zwykłego,  bez szpitali, bez diagnoz. Takiego jak mają sąsiedzi za ścianą co ich córka znowu przyniosła dwójkę ze szkoly. Jeszcze kilka miesięcy temu, tak 2-3 moje życie ograniczało się do obszaru całkiem sporego osiedla, teraz zostało zamknięte na nie całych 50 ciu metrach kw. I mówią mi odwiedzający ten mój zakątek, żebym coś zmieniła, zrobiła, że przecież wrócę do pracy za.. kilka lat. Bo szukam powodu, a nie sposobu.. A co jeśli sposób zostaje w lekarzach? Wystarczy żeby powiedzieli, żeKuba jest zdrów!

Zdrowiej Kubusiu,  zdrowiej. Na zdrowie! 

15:54, fibithestrange
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6