RSS
piątek, 31 października 2014

Jest piątek, jeszcze tylko dzień do najbardziej nostalgicznego święta w roku. W te dni ludzie dużo rozmyślają, wspominają...

I ja się wspomnieniom oddałam, o bliskich, którzy w ten czy inny sposób odeszli, o sobie, bo też gdzieś się zagubiłam po drodze i długo się szukałam.. I nawet momentami mi się łza w oku zakręciła, z tęsknoty, z głupoty, z żalu i z radości, taki misz-masz sobie zrobiłam. Taką bombę emocjonalną zrzuciłam na siebie i postanowiłam!

O motywacji teraz - bo czym innym motywacja jest jak nie czymś co sprawia, że robimy coś, co nie do końca chcemy, ale właśnie ona nas pcha dalej żeby to robić. I żeby robić coś dla siebie, tylko dla siebie - ja uważam za przereklamowane. Bo mi dobrze ze sobą jest, a co! Tak egoistycznie trochę, ale co mam nie być szczera.. Dobrze mi i z tymi zaległościami to tu, to tam, i z tym moim uporem, w ogóle ze swoim charakterem też się zaprzyjaźniłam. Po tylu latach nawet do największej patologii się można przyzwyczaić :), ale, że bardziej altruistka ze mnie niż egoistka, to ja dla mojego Jakubka postanowiłam coś zrobić ze sobą, by siłę mieć i sprawność taką, by, gdy przyjdzie ten czas, że zacznie motorycznie się bardziej udzielać, żebym za bardzo w tyle nie zostawała, by mu kroku dotrzymać i na jego 18nastce (tak aż się rozpędziłam) z tłumu się nie wyróżniać.:D By całemu światu pokazać, że można, a mój świat nie duży jest, 4 ściany i trochę blokowisk, ale i tak warto, bo zasłużył i On i Ja. I moje zdjęcie motywacyjne załączam, ulubione i daje sobie czas do wiosny, bo zaległości, złogości sobie narobiłam dużych, ale skoro już raz taka byłam, to co broni by być taka znowu?   

Tagi: motywacja
11:28, fibithestrange
Link Komentarze (1) »
środa, 29 października 2014

Tak się rozglądam, zastanawiam, analizuję wręcz i jak bym nie patrzyła to wychodzi, że kobieca niezależność to wytwór XXI wieku.

Oczywiście patrzę na to bardzo lokalnie. W mojej rodzinie kobiety w 100% niezależnej brak, jak nie finansowo zależna, to psychicznie, jak nie psychicznie, to dziecko, jak nie dziecko to jeszcze coś innego.I szukaj wzorca w polu... I moją mamę słyszę właśnie: Co Ty o tych wzorcach ciągle?! W innych czasach żyjesz! Czy ja wiem czy innych... że niby kobiety bardziej odważne są, czy że po prostu wyszły z domów, od garów, ścierek i pieluch (i tak się teraz poczułam jakbym o sobie pisała... ale to stan przejściowy na szczęście!)

Wracając...Wiem doskonale czym "coś innego" w tej zależności jest. Coś innego to nic innego jak prawo jazdy! Nie mam, no nie mam i już! Oczywiście, że mogę zrobić, ba! Próbowałam nawet, ale, skoro o tym piszę to znaczy, że nie wyszło. I bywa tak, często dość: "Kochanie czy mógłbyś pojechać...? ... załatwić... zawieźć? Tak jakby zależna jestem, ale z drugiej strony wcale tak źle mi z tą zależnością nie jest, bo czy to nie tak, że mężczyzna lepiej się czuje sam ze sobą i w sobie kiedy dla tej kobiety coś zrobi? Wysiłku większego nie ma - a jaka satysfakcja! Może nie ma co do rycerza na białym rumaku tego przyrównywać, ale ego rośnie wprost proporcjonalnie do czynu, a nie?

W swoim życiu kobietą niezależną byłam nie raz (komunikacja miejska rządzi!). W pełni samodzielną, silną, ale po co te wszystkie trudy samej dźwigać, jak można temu drugiemu trochę oddać? A on nie dość, że weźmie i poniesie, to i ramię podstawi jak będzie trzeba i tą siłę na życie będzie można zaoszczędzić, szczęśliwe - i z kimś.     

18:46, fibithestrange
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 października 2014

Sięgam pamięcią wstecz, nie za daleko, bo im dalej tym gorzej (z pamięcią oczywiście). Tak z 2 lata. Kiedy to bardzo chciałam zostać mamą, bo albo teraz, albo wcale i chodząc do pracy mijałam Mamy, różne Mamy, te zadbane, wymalowane, te w dresach z cieniami pod oczami i tworzyłam swoje wyobrażenie na ten temat. I tak dziwiłam się dzieciatym koleżankom, że na nic czasu nie mają, że to chcieć przecież tylko trzeba. Dobra organizacja i wszystko można, wszystko...

Jak boli to zderzenie z rzeczywistością, oj jak boli..

Jak już trafiło na mnie, to co sobie myślałam, układałam i wyobrażałam, jak bańka poszło. Ciężki kawałek chleba, oj ciężki...i ciągle coś, nie było długo tak, że usiadłam i z dumą oznajmiłam - Wszystko zrobione! Teraz się to zdarza, raz na czas i jak paw się rozsiadam wtedy i w piórka obrastam, ale czy warto tak to wszystko zawsze dopinać na guzik ostatni? Ten mój pedantyzm wypity z mlekiem matki tak się wwiercał bardzo długo w podświadomość, aż pomyślałam - dosyć i zaczęłam się sobie przyglądać.

I taką Matką byłam (jestem?) Polką Matką, klapki na oczach, na uszach i zgubiłam gdzieś siebie po drodze... i przyjaciół zgubiłam, bo macierzyństwo to bardzo weryfikuje, zwłaszcza jak się jest pionierką w tym temacie i dziecko z przejściami i po przejściach.

Bo zawsze chodzi o czas, a ten czas jak przez palce ucieka i brak go, wszędzie go brak, nigdzie go nie ma. A może to dziecko moje, jak taka małpka przyczepione do mnie nie pozwala. Walkę toczę w głowie swojej, żeby trochę powiedzieć dość, żeby siebie odnaleźć, najpierw siebie, a później może i całą resztę...

10:05, fibithestrange
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 27 października 2014

Zawsze najtrudniej jest zacząć, jak ułożyć to pierwsze zdanie, czy wypada, czy nie wypada o czymś pisać. Może spróbuję od tego - jestem mamą, ale nie o zmianie pieluch będzie mowa  (nie tym razem bynajmniej), ale macierzyństwo mocno określa moje obecne ja, to jest moje tu i teraz, wszystko co jest, co się ze mną stało wzięło się od tego.

I pisać też postanowiłam poniekąd z tego powodu, bo siedzi we mnie złe, bo jak się o czymś napisze, to trochę jakby człowiek tego złego oddał. Czym jest złe? Złe jest wspomnieniem, złe jest co do minutowym zapisem dnia urodzin mojego synka. Bo mój synek wcale nie miał się wtedy urodzić, ale kto inny o tym zadecydował. Opatrzność, przypadek, zależy kto w co wierzy.

Leżałam z brzuchem jak słonica na szpitalnym korytarzu i poranne KTG uratowało życie Jakubka. Czy samo KTG, czy pani doktor o długich włosach blond, której wzrok podczas obchodu zatrzymał się na niknącym tętnie dziecka. Nie wiedziałam nic, zabrali mnie, w ciągu kilku minut zdążyli przetransportować na salę operacyjną, rozebrać i dać do podpisu zgodę na cesarkę. "Dziecku jest źle w brzuszku" mówili, "Musimy je wyjąć" mówili... 7:30 zdążyłam poinformować, że rodzę, 7:40 miałam swojego Jakubka, ale nie przytulonego do mnie, a na OIOMie. A dla mnie morfina i godziny niepewności. Pamiętam jak wyglądały pielęgniarki, sala, nawet kobietę, która leżała obok na pooperacyjnej pamiętam. Tylko inna matka zrozumie co czułam słysząc, że Kubuś żyje!

Bo ja nie byłam ważna w tamtej chwili dla siebie, oj i długo po tym również, żeby nie powiedzieć, że cały czas. Dopiero po 2 dniach byłam w stanie go zobaczyć, dotknąć, taki mały był i kruchy... I ten cały pikający sprzęt słyszę jeszcze czasami w głowie i czuję zapach płynu do dezynfekcji rąk, którym codziennie po kilka razy musieliśmy czyścić ręce. 3 tygodnie to trwało. I codziennie coś nowego mu robili... bo nie oddychał sam, bo nie umiał ssać, bo miał żółtaczkę i infekcję jakąś i nerki chore też... I gdy szłam do lekarza co danego dnia go badał, a codziennie inny był... i on jak z karabinu mówił co jest źle i nawet raz, ani jeden cholerny raz nie zadrżała mu powieka. I stałam tak i myślałam kiedy to się skończy i kiedy płakać przestanę i za co to, za co to... Za swoje grzechy, nie za cudze wiem...

 

    I minęło już 10 miesięcy, a mnie to wszystko nadal boli i cieszy zarazem, bo leży obok mnie mężczyzna mojego życia, waży 11 kg i rośnie jak na drożdżach i czekam aż powie do mnie Mamo, bo wiem, że powie, tylko ten czas... tak dużo czasu na to wszystko potrzeba...