RSS
środa, 17 grudnia 2014

Już po, już po cudzie, po koszmarze, po trzech dniach, już po. Nie było operacji, ale były wieczności pod salą opatrunkową i krzyki i płacze i histerie, ale to nic. Już jesteśmy w domu. Jest nawet lepiej niż było. Kto by pomyślał, że ktoś lub coś może tyle nad nami czuwać.. A może to tylko kwestia przypadku? Kurcze, a co jeśli to tylko czas i tylko jego potrzeba żebym mogła być spokojna. Bo jeszcze długo nie będę. I to już nie tylko sam strach o dziecko, który każda matka ma w sobie chyba do końca życia, tylko taka mała drzazga, która nie wiadomo gdzie jest a przeszkadza i każe myśleć - Co jeszcze?

Wróciliśmy cali i... chorzy. Przeziębienie dało nam się we znaki (a jednak nie może być zbyt idealnie), wszyscy, cała trójka glutująca, kichająca, prychająca. I to już tak trochę trwa... i mam wrażenie, że kręgosłup wchodzi mi tam gdzie nie powinien, i szukam pomocy i ratunku w Drugiej Połowie, która też kicha i prycha, ale oboje chorzy jesteśmy, także nieśmiało zapytuje, czy planuje w dniu dzisiejszym (patrz:wczorajszym) dzieckiem swoim jedynym, pierworodnym się zająć, bo zaczynam powoli widzieć podwójnie i nie przebierając w słowach - padam na pysk, bo i to małe, piszczące marudne się zrobiło tak, że cierpliwość na poziomie max i już organizm mi mówi, że zwolnić trzeba i słysze takie prawie szeptem wypowiedziane: 

- Raczej nie...

I myślę, czy to kara boska, czy za dużo szczęścia by było. On wie, że ja nie mam siły, że powinnam odpocząć, ale dlaczego, dlaczego zawsze każdy mężczyzna jest tym bardziej chorym? I nie ma problemu z tym żeby po prostu położyć się i spać... No i musisz sobie jakoś radzić, no jak nie jak tak...

Ech...

Wróciłam do literatury w tzw. międzyczasie. Teraz na tapecie "Włoskie buty" Mankella. I cóż mogę rzec... czytałam jego kryminały z zapartym tchem, jak to Kurt Wallander radził sobie z kryminalistami i z życiem. A tu trafiam na takie luźne pitu pitu... może coś się jeszcze wydarzy, może coś mnie ruszy, może czytam tą książkę w złym momencie swojego życia.

Chyba powinnam wrócić do Bridget Jones. Tam zawsze znajduję zrozumienie.

I czekam na święta. Nie mamy choinki, od 2 tygodni próbuję kupić prezenty, nie spakowałam jeszcze tych co już mam...

Leniwe siedzi we mnie... chociaż - sporo wierszy się nauczyłam ostatnio. "Lokomotywa" idzie mi profesjonalnie ;)

Odpocząć idę, piszczące śpi. Pozdrawiam. A.

10:39, fibithestrange
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 grudnia 2014
Myślami jestem przy środzie, nie to żeby to był dzień jakoś strasznie szczególny. Smutny będzie, idziemy z Kubełkiem do szpitala. Te nerki, co ja kiedyś o nich wspominałam cały czas są na tapecie, nie tak działają jak trzeba i okaże się czy będzie nasz Bączek operowany, czy nie.
Ja wiem, są ludzie z gorszymi tragediami, problemami niż nasze. Są ludzie, którzy przeżywają te swoje horrory z wielką siłą i podniesioną głową. Są tacy...
A ja te swoje horrory przeżywam trochę w środku, trochę horroru czasami ze mnie wyjdzie i wtedy jestem zła na cały świat. Na Niego, na Nich. Zła jestem, bo ja już swoje dostałam, już dostałam swoją paczuszkę nieszczęść w tym życiu. A może za mało mnie to nauczyło? Może trzeba więcej? Bo wiem, że kiedy będę na tym oddziale w środę i w czwartek i w piątek i może jeszcze przez tydzień, wiem, że będę widziała siebie rok temu, bo ja już tam byłam rok temu, tylko już bez aparatury, która pokazywała czy Kuba oddycha, czy nie oddycha... I pamiętam jak dziewczyna z sali, chociaż trudno to nazwać salą, raczej z boksu, bo ledwo co mieściły się nasze kozetki do spania i łóżeczka dzieci... uczyła mnie jak kąpać. I jak wstawałam co dwie godziny - z budzikiem, ściągać mleko i karmić... ściągać i karmić. I wtedy byłam tą silną właśnie, tą co mówiła - Ja nie dam rady? Ja?
I nie myślałam wtedy o tym, że to takie niestandardowe, że jak na pierwsze dziecko to lekka przesada, bo wkoło było takich mnóstwo, ostatnie miesiące ciąży obracałam się wśród tych zagrożonych... To było dla mnie takie ... naturalne?
A teraz?
Teraz osłabłam, a niby więcej sił mieć powinnam, podobno zdziadziałam, podobno z własnego wyboru.
Podobno wszystko będzie dobrze, chociaż jak tylko to słyszę to mam chęć rozstrzelać.
Oby to były tylko trzy dni, oby zdarzył się kolejny cud w naszym życiu...
Oby jeszcze limit tych cudów się nie skończył.
Oby.
12:23, fibithestrange
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 grudnia 2014
Zrobiłam się marudna, nerwowa, to znak, że trzeba coś napisać, trochę wyrzucić z siebie złości, zmęczenia nie wyrzucę, ale będzie dla niego więcej miejsca.
W sobotę zakupy były mega przyjemnością, i nie przeszkadzało mi nawet bardzo to, że z ośmiu sukienek, które miałam do przymierzenia ponad połowa zatrzymała się na miejscu gdzie powinna przejść przez cycki... co zrobić. Skoro ponad połowa to były i takie w które całkiem nieźle się wcisnęłam, a jak wyglądałam! Jak szesnastka! I kupiłam - chabrową - piękna! Może z raz ją założę w tym roku, ale byłam szczęśliwa w tej sukience na sobie, z tego, że coś mnie objęło i to ładnie. I z koleżanką poszłam na kawę w miejsce gdzie lat nie byłam parę i tak celebrowałam trochę ten czas, bo nikt nie płakał mi pod ręką, nie ciągnął z koszulkę, bo mogłam rozmawiać o wszystkim innym i śmiać się i żalić i pobyć tak trochę z nią, trochę sama. Jak tego potrzebowałam!
Dzień minął za szybko i przyszły te zwykłe, a może niezwykłe, bo moje-nasze dziecko potrafi coraz więcej. I duma mnie rozpiera, i mam chęć zagrać na nosie wszystkim tym lekarzom co pod wątpliwość dawali jego umiejętności i potencjał!
I przez te dni ostatnie byłam trochę jelonkiem, trochę łosiem głupim i trochę sarenką w pończochach, wszystkiego spróbowałam, a co mi się najbardziej podobało - sama nie wiem, przemyślę.
W odwiedzinach też byliśmy z Kubełkiem, odczuwa on przy cioci G. niebywałą szczęśliwość, a może wyczuwa jakoś tę kruszynkę u niej w brzuchu i tak się cieszy. I przypominam sobie swoje czasy ciężarówkowania, ciężkie czasy, w każdym tego słowa znaczeniu i miło mi kiedy mogę jej radą posłużyć i pomóc jakoś, choć może matka ze mnie licha, ale wszystko z siebie dać staram, kosztem wielu - i to dosłownie. I w sumie ta moja przyjaźń z ciotką G. już trwa trochę i szczęściem jej też się cieszę i wiem, że ona w przyjaźnie nie wierzy, ale ja wierzę więc... głównie o mnie tu mowa. I nie wiem czy jej to mówiłam, ale fajnie, że jest.
A skoro już o przyjaźni..
Mój ulubiony warszawiak kończy dziś rok! I ciocia jest z niego dumna, bo swoje pierwsze kroki ma za sobą i jest przekochany, a jego mama daje mi wiecznie obraz na to, że jest dla mnie jeszcze szansa.
I gdzieś też wyczytałam, że amerykańscy naukowcy zbadali, że samotnym ludziom jest permanentnie zimno i Olaf - bałwanek z bajki co ją oglądaliśmy ostatnio (bo ja lubię bajki...nigdy w żadnej nie żyłam, to popatrzeć lubię) powiedział, że czasami warto dla kogoś się rozpuścić. I to mnie wzruszyło bardzo i każdy uśmiech mojego dziecka mnie wzrusza, a łzy mi same kapią, bo już się we mnie nie mieszczą... Taka jestem... Bo żółw musi być twardy, żeby w środku być miękki. 
20:52, fibithestrange
Link Dodaj komentarz »