RSS
środa, 26 listopada 2014

Jak dobrze wstać... skoro świt, jutrzenki blaaask duszkiem pić - kurna! Nie! W dupie z tą jutrzenką! KAWA! Wczoraj wstałam o 8 rano, kiedy moi mężczyźni jeszcze smacznie chrapali i jakież to było cudowne doświadczenie, pić kawę o poranku, a wkoło cisza... Nic. Zero. Nawet chrapania nie słychać, tylko zaglądam do pokoju i widzę rozłożonego już na całą połówkę łóżka Kubusia i tylko kołdra chodzi w górę i w dół - śpi. A ja się delektuje momentem, tak mało mam ich. I ta cisza aż w uszy boli, w sumie to musiałam telewizor włączyć po chwili, bo aż mi było nieswojo... 

A wstałam tak, bo Kubek miał domową rehabilitację po 9tej, a ktoś musi co nieco ogarnąć. Mniejsza, co najważniejsze jest w naszym dziecku potencjał - jak nie ma, jak jest! Stwierdzony! I zostałam pochwalona nawet, że coś tam potrafię. Także ćwiczymy i Młody będzie biegał i będzie cudnie :D Taka jestem szczęśliwa, bo już dosyć zmuszania do czegokolwiek, a tylko motywowanie i stymulowanie - tak jest! 

A w sobotę... a w sobotę idę na zakupy - SAMA nananana... Z koleżanką znaczy się, bez wózka! Tata lecząc poimprezowego kaca (bo oczywiste jest to jak się kończą firmowe imprezy) zostanie z synem a mama będzie się stroić, bo ja lubię się stroić, oj jak lubię, tylko teraz trzeba strój na to wszystko co mną jest znaleźć - Pani w ulubionym butiku kazała być spokojną, chyba nie pamięta moich gabarytów ^^, ale nie zniechęcam się - czas pokaże - wrócę z torbami lub bez toreb :) 

Ps. Dobre nie przyszło po nocy, przyszło złe w postaci kruchych ciasteczek z marmoladą i frytek.

Ps2. Obejrzałam ćwiczenia wysłane mi przez koleżankę co by miały mi pomóc, obejrzałam - tyle...

Jest mi smutno z powodu siebie samej...

 

 

 

23:06, fibithestrange
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 listopada 2014

Moje dziecko zaczęło samo siadać! Samiuteńkie!

A ile to siły potrzeba i ile czasu żeby tak, rok czekaliśmy! I się tak mu przyglądam w tych jego zmaganiach i siebie wyobrażam lat temu kilkadziesiąt i dziwuję się i duma mnie rozpiera jednocześnie. Dziwuję się, bo też byłam takim ludkiem małym i z tymi trudnościami życia się zmagałam i teraz też jestem tak samo okrągła jak wtedy i też się zmagam, ale z trudami trochu większymi, chyba te trudy gabarytowo są dopasowywane... sama nie wiem. A dumna to wiadomo, bo coś ruszyło, bo coś się dzieje, bo idziemy do przodu!

I mój ojciec, co człowiekiem małomównym jest z reguły tak mnie ostatnio zaskoczył, bo on do siebie nie dopuszcza faktu, że z Kubą coś nie tak mogłoby być i mówi mi, że może nasz Kubełek z niczym się nie spieszy, bo będzie na tyle długo żył, że ze wszystkim zdąży... I kto taką teorię podważyć może? Później oczywiście dodał, bo nie byłby sobą, że to w końcu moje dziecko także żebym nie wymagała za wiele, ale mój ojciec potrafi... on tak ma.

Tak z innej beczki - motywacja moja umarła od czasu urodzinowego tortu Kuby, jak wpadłam w słodycze to wyjść nie mogę. Jak mam wymagać od innych jak ja siebie nie mogę upilnować? I marzy mi się kieliszek dobrego czerwonego wina... i papieros mi się marzy, tak żeby móc samej to celebrować...

I plum, bańka pęka, dziecko zaraz się obudzi na karmienie i od rana tylko kawa, bo jakieś przyjemności muszę mieć, malutkie.

Taki chaos wprowadziłam trochę, bo o wszystkim próbuję powiedzieć...

W "Arytmii uczuć" wyczytałam też ostatnio, że kobiecie podczas orgazmu odpływa krew z krtani do piersi i podbrzusza więc nie powinna mieć siły krzyczeć, a krzyczy większość z nas - głównie tych bezdzietnych jak mi się wydaje (hahaha - śmiech czy lament... nie zdecydowałam jeszcze). Ot, taka ciekawostka.

Brak mi rozmów i ludzi mi brak, zaszyłam się trochę, zamknęłam w tym swoim osiedlu i w ścianach i tylko gugu, gaga, bo jak inaczej z dzieckiem. Czas to zmienić, tylko czy pora jest ta? Wieczornych rozmów już też niewiele, a lubiłam (przy tym winie i z papierosem...) rozmawiać. I filmy lubiłam oglądać i żyć... i tylko poczekam aż jutro przyjdzie, bo z jutrem mogę liczyć na dobre...także...

DobreNoc wszystkim!

 

 

 

22:50, fibithestrange
Link Komentarze (1) »
środa, 19 listopada 2014

Bo ja się boję permanentnie, boję się zimy, mrozów, ciągłego siedzenia w domu, w czterech ścianach i tak się zastanawiam czy to z tego się psychozy człowiekowi robią?

O dziecko moje też się boję, chociaż śpi teraz najgrzeczniej i przez sen się do mnie czasami uśmiechnie, jakby chciało powiedzieć, że wszystko ok jest, a ja tylko na diagnozy czekam, na wyniki... i szpitala się boję, a czeka na nas jeszcze niejedna wizyta, bo te nerki cały czas nie takie są jak trzeba... a jak odstawienia od piersi się boję! 

I boję się tego, że jeszcze bardziej się rozchoruję niż teraz chora jestem, i że dziecko zarażę...

A o siebie się boję najbardziej, jak to przeczytałam co napisałam, to wnioskuję, że brak wiary we mnie jest, brak wiary w samą siebie, w ludzi, w dziecko swoje nawet zwątpiłam jak widzę i zła jestem, bo gdzieś siłę na życie zostawiłam, tak użalam się, tak płaczę nad sobą - jak ta sirota co poradzić sobie z niczym nie może.

Na łatwiznę poszłam. Poczekam aż się samo wszystko zrobi i rozwiąże, a ja tu posiedzę w kąciku, nikomu nie będę przeszkadzać, poobserwuję sobie i wyjdę jak już będzie po wszystkim... bo tylko tu taka mogę być, bo mało kto taką mnie zna.

Bo codziennie dzielnie znoszę te wszystkie policzki od życia i dumnie głowę podnoszę pokazując gdzie ma bić jeszcze raz.

Bo niejeden demon siedzi w nas i niejeden strach, bo chcemy wielcy być a tacy malutcy jesteśmy... 

 

11:59, fibithestrange
Link Komentarze (2) »
niedziela, 16 listopada 2014

...czyli jednym słowem nasza wycieczka do Warszawy, ale tego miejsca jednym słowem się nie określi, chyba nawet najwięksi tego kraju by nie spróbowali.

Jeszcze nie uświadczyłam tabliczki z dumną nazwą "Warszawa", a już się zgubić zdążyliśmy -
a niby autostrada drogą prostą jest. I tak jadąc, przez szyby tejże warszawostrady patrząc widzę kościół jak malowany, a obok Biedronka i takie rzeczy tylko tu. I czy to chwyt marketingowy, czy parafianie poprosili - nie wiadomo.

I piękne osiedla widziałam a na nich place zabaw wymyślne bardzo. Wymyślne, bo obok psy się bawić mogą na swoim placu zabaw. A co jak jeden pies drugiemu huśtawkę zajmie? Czy te warszawskie na skargę chodzą do swoich właścicieli? Miastowe w końcu, to może i chodzą...
A fryzjer dla nich bardziej ekskluzywny niż dla szarego człowieka, ale zrekompensował mi to salon w stylu retro. Za każde pieniądze bym tam poszła - choć raz! I podglądałam ludzi w kawiarniach, tratoriach i gdzie tylko, wszystko w sukniach i pod krawatem - klasa mili państwo, klasa... Tak się czułam jakbym z jednej bajki do drugiej wskoczyła, tak może z Dziewczynki z zapałkami do tej o Księżniczkach.. Tak właśnie.  

I pod sercem i z sercem szłam, dziwów mijając bez liku! I mogłabym tak chodzić po tej wiosce Wilanowem zwanej, gubić się w labiryncie światła i być oczarowana miejscem... bo to ludzie też miejsce tworzą. A Ci są wyjątkowi, bo bliscy nam. Dawno się nie czułam kimś ważnym dla kogoś (Kubek jest zbyt oczywisty w tym temacie) i piękne jest to, że oni będą, niezależnie od tego gdzie następnym razem się spotkamy, a spotkamy się na pewno... 

00:20, fibithestrange
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 10 listopada 2014

Sobota to był szczególny dla nas dzień, pełen radości, Kubuś miał roczek od 7:40!   

I nie wspominałam tego dnia, dlaczego urodziny są dzisiaj a nie za półtora miesiąca, bo to już nie jest istotne. Istotne jest to, że go mam, ot co!

Nie było wielkiej fety, ale i tak dumna byłam z wkładu w przygotowania, bo wszystko sama, sama... sama, ja przystawki sama zrobię, ja ułożę, ja przywiążę, ja ustawię, ja przyprawię.. Gupie to - wiem, ale w takich sytuacjach włącza mi się lampka taka i opcja perfekcjonizm się ustawia na wariant max i się staram, żeby nie mówili, że licho było, ale miło i przytulnie i ładnie.

I pochwalili mnie i dumna byłam, a Kubuś jaki szczęśliwy, bo i ludzie - sporo ludzi i prezenty i mnóstwo balonów i sempertyn i każdy go nosi i tuli i śmieje do niego!

Ach! Mogłabym tak codziennie urodzinować!

I uczyć się przy tym jak małe rzeczy doceniać, uśmiechy, przyjazne spojrzenia, jak cieszyć się szczęśliwym dzieckiem i tym, że przyjaciół mam, którzy wezmą i potrząsną mną, ale tak, że przypominam sobie z jakich założeń wychodziłam lat parę temu, że każde dziecko ma swój rytm, że ono i tylko ono wie kiedy będzie na coś gotowe, że można pomagać ofkors, ale częściej się trzeba przyglądać, być obok jak coś, a nie robić za! I wierzyłam w to mocno bardzo, aż przyszli Ci w białych kitlach i zburzyli wszystko i zaczęli budować od nowa...

Na szczęście są i Ci, którzy wiedzą jak dotrzeć tam gdzie resztki nadziei zostały, że z moim Bączkiem dobrze wszystko będzie i dziękuję Ci K., że Cię mam i że zawsze mogę liczyć na ogar :) i Ł. dziękuję, za brak pedałów (przy rowerku) w ten dzień, i Mojemu za znoszenie mojego Samosiowania, i G. dziękuje, że w trwodze się znajdujemy i P., bo wiem, że to czyta i na końcu acz szczególnie B., że przez ten rok była ze mną na telefonie i za łzy ze śmiechu i wzruszenia Ci dziękuje i że wtedy trzymałaś mnie za rękę (Ty wiesz kiedy) i wcale Cię nie mam w pompce Gupia! Zbyt dużo o mnie wiesz żebym mogła ;) <3         

16:28, fibithestrange
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 listopada 2014

Jest takie miejsce u mnie w mieście, na którego samą myśl robi mi się słabo, w jego pobliżu odczuwam ogromny niepokój, wszystkie strachy się budzą we mnie. A w środku i miejsca i we mnie wspomnień tyle, i gdzie nie spojrzę, jak klatka po klatce sceny z mojego życia jakby wczoraj to było. I tak będzie do końca świata - mojego, bo szpital ten jeszcze kilka razy mnie przeżyje. 

I w tym oto szpitalu parę mądrych głów (i to poważnie, bez kpiny piszę) zastanawia się nad tym dlaczego moje dziecko rozwija się od rówieśników wolniej i jakieś dysproporcje są, i nikt nic nie jest w stanie zawyrokować i szukać do upadłego będą, bo trzeba diagnozę postawić, a żeby to zrobić to po omacku trzeba przejść, bo jak inaczej mam sobie to wytłumaczyć? Mogę w ogóle? Myślałam, że jak napiszę o tym, to jakoś będzie inaczej, trudno określić mi oczekiwania, ale chyba to się jeszcze musi przetrawić, przemielić we mnie i swoje w żyłach przepłynąć, dopiero wtedy postaram się zrozumieć, bo coraz rzadziej rozumiem...

I sama się psuję od środka, a dźwigać trzeba, podobno tyle mi na garb wrzuca ile udźwignąć mogę, ale możliwości chyba przeceniane są. I jak długo jeszcze się pytam? Tyle ile będzie trzeba jak mniemam, i dopiero wtedy będę się mogła naprawić, tak żeby nowe mogło przyjść. Niech tym razem dobre przyjdzie, bo złego dostatek mam, złe mogę rozdać - darmo. Bierzcie wszyscy, to jest złe moje! Bo ważne, by się nie dać.. "By przeżyć, czyli umrzeć potem".

21:27, fibithestrange
Link Komentarze (1) »
środa, 05 listopada 2014

Wsiadam do taksówki, lekko zestresowana, bo do lekarza kurs, ale Taksówkarz znany, często nam się zdarza tak razem podróżować i rozmawiać dużo lubimy, siebie raczej też nawzajem, a może to tylko wrażenie, można na pewno powiedzieć, że trochę się już znamy...

Na wejściu pyta mnie co słychać? A w głowie wojna, czy prawdę powiedzieć, czy może lepiej nie roztkliwiać się i rzucić w eter "okej", bo każdy swoje własne tragedie przechodzi... Bo nie jest okej, bo sił mi braknie i o tym mu mówię właśnie, że za dużo wszystkiego, że dźwigać mogę, ale tyle i tak długo? Święty by tego nie unosił a co dopiero ja śmiertelniczka... I tak wyliczam, że wcześniactwo się na dziecku odbija i że stało się jak się stało i o lekarzu też wspominam trochę co do niego jedziemy właśnie i On tak mnie słucha... bo widzę, że słucha i mówi, że często zastanawia się co by było gdyby i on w tych rozmyślaniach baaardzo wstecz się cofa i pyta czy miałam tak, czy myślałam tak...

I tak jak w tych filmach amerykańskich, tak i ja nagle w moich myślach gdzieś się topię i zatrzymuję na początku studiów, czy gdybym się postawiła rodzicom moje życie wyglądałoby inaczej? Czy byłabym szczęśliwa, a jeżeli tak to z kim? A co z Kubkiem? Czy on też by był? I chyba głośno myśleć zaczęłam, bo Pan T. mówi mi.. .a gdyby ta Pani doktor, co Kubie życie uratowała nie poszłaby na te studia, nie dostała tej pracy... i w pewnej chwili, jakby wiadro zimnej wody na mnie poszło, albo ktoś w ucho zatrąbił, mówię - NIE.

Stop... Nic się nie dzieje bez przyczyny, tak musiało być, moja karma wygląda tak i chyba jest jej dobrze, bo się wcale nie zmienia. I mówię mu, że to chyba nie ma co, bo przecież nie odwrócimy świata, bo od dawien dawna on wie jak ma się kręcić a my jak te trybiki jesteśmy idealnie wpasowani i tak musiało być... musiało.. musiało? 

22:50, fibithestrange
Link Komentarze (1) »
sobota, 01 listopada 2014

Dzisiejszy dzień do refleksji nastraja i tak strasznie smutno wszędzie, na cmentarzu smutno, w telewizji smutno, w radiu smutno, za oknem najsmutniej.

I po dzisiejszym wieczornym spacerze pewne zależności zaczęłam dostrzegać, życiowe zależności. Lat kilkanaście temu chodziłam w tym dniu na cmentarz z rodzicami, nie rozumiejąc do końca dlaczego, ale szłam, paliłam świeczki na grobach rodziny jak i tych ludzi mniej lub bardziej znanych, wsadzałam palce w rozpuszczoną parafinę (nie wierzę, że tego nie robiliście) i robiłam odlewy paluszków - kreatywność z nudy się bierze, z niczego innego..

Lat minęło parę i zaczęłam już nie z rodzicami a z koleżankami na cmentarzu się spotykać, bo to okazja żeby później z domu wyjść, później wrócić, i tak chodziłyśmy alejkami, czasem z jakąś refleksją, ale częściej z nadzieją na spotkanie kogoś kto nam się w szkole podobał, czasem wiedział o naszym istnieniu, czasem nawet nie, ale to spojrzenie wystarczyło bądź przypadkiem rzucone "cześć". 

I przyszedł ten czas kiedy z chłopakiem szłam, już się czując bardziej dorosła, bo i dla nas to okazja była do tego żeby dłużej pobyć ze sobą i było nam fajnie, że niby to w szczególnym dniu razem jesteśmy i wtedy już nie szukałam cudzych spojrzeń, wtedy szliśmy na górkę, i tylko ten kto był na tym cmentarzu wie jak górka wygląda i jaki widok z niej jest, i tak mogliśmy stać, nie mówiąc nic i to nam wystarczało i czuliśmy się bliżej siebie jak nigdy...

I dziś jak tak szłam to z refleksją, nie z nadzieją i nie z koleżanką a z Nim i zaprowadziłam go na górkę, bo nigdy na niej nie był i cały ten cmentarz wyglądał jak piękne miasto nocą i mijaliśmy te nastolatki co szukały spojrzeń i pary, które cicho na ławkach przytulały się do siebie i nie widziały nikogo poza sobą i to też piękne było i szczęśliwi byliśmy, bo tylko raz jeden jedyny raz przeszło mi przez głowę, że prawie rok temu życie mojego dziecka zależało od decyzji pewnych ludzi i że do mojego dziecka wracam, a nie w tym dniu je odwiedzam...

  I pewność tę mam, że świat się powtarza i będzie się powtarzał z nami lub bez... 

22:01, fibithestrange
Link Komentarze (1) »